czwartek, 11 sierpnia 2011

Krewetki mocno czosnkowe













Natknęłam się na tą zmyślną przekąskę na imprezie u kolegi z pracy (technika) u którego prędzej spodziewałabym się zastać bombę wodorową w piwnicy niż takie cudeńko na stole o północy. Ale cóż, inżynierowie nigdy nie przestaną nas zadziwiać.

Pomimo tego, że danie to wydaje się zawierać monstrualną wręcz ilość czosnku, nie czuć jego ostrego smaku, gdyż dosyć długo poddawany jest on gotowaniu i dodatkowo wrzucamy sporą ilość pietruszki, która neutralizuje jego smak. Kurcze, taka przekąska do piwa w sobotni wieczór ... Marzenie.


Porcja ~1kg krewetek bez głów (mogą być w pancerzu i wtedy mamy dodatkowo robótki ręczne co jest fajnym urozmaiceniem rozmów przy stole) - wystarczy na 2 baaardzo głodne osoby lub jako przekąska dla co najmniej 4:

- 1 główka czosnku (cała !)
- 2 łyżki masła + nieco oleju
- sól, pieprz
- posiekana natka pietruszki (niweluje smak czosnku)
- jeśli robimy sos do ryżu: 1 kubeczek jogurtu naturalnego lub śmietana dla niezważających na kalorie, jeśli zamierzamy jeść prosto z patelni - sos jest zbędny

  1. Dobrze by było, gdyby krewetki były wcześniej rozmrożone, gdyż zamrożone uwalniają na patelni dużo wody i wtedy wygotowywanie wody trwa wieczność.

  2. Na patelnię wrzucamy masło + olej i wyciskamy przez praskę do czosnku lub trzemy ręcznie na tarce o drobnych oczkach 3/4 główki czosnku (obrane ząbki rzecz jasna).

  3. Jak masło się rozpuści, wrzucamy od razu krewetki. Jeśli nie jesteśmy tacy szybcy i zwinni przy wyciskaniu czosnku, można to zrobić równie dobrze po wrzuceniu krewetek. Ważne jest, by masło się nie przypaliło. Dodajemy sól + trochę pieprzu.

  4. Smażymy (gotujemy) krewetki tak długo, aż ich szarawe ciałka nabiorą koloru rozpalonych słońcem ramion, a woda się całkowicie wygotuje. Jak zauważymy, że wody już pozostało niewiele, należy działać szybko, gdyż po całkowitym jej wyparowaniu danie będzie chciało się zaraz przypalić. Należy zetrzeć (wycisnąć) pozostałe ząbki z przygotowanej główki czosnku.

  5. Po dodaniu czosnku wsypujemy na patelnię pokrojoną natkę pietruszki. Jeśli zaplanowany jest sos, wlewamy od razu po dodaniu pietruszki śmietanę lub jogurt naturalny. Gotowe. Już.

sobota, 9 kwietnia 2011

Szybkie babeczki (mufiny)


Na mojej drodze ku kulinarnej perfekcji natknęłam się na jeszcze szybszy przepis na babeczki niż ten, który wcześniej zamieściłam na blogu. Pokonałam samą siebie i jestem w stanie teraz przygotować deser dla gości nie krótko przed imprezą, tylko w jej trakcie wychodząc na max. 20 min do kuchni (jeśli wysmarowana masłem blacha na mnie już tam czeka to nawet mniej). Nawet po kilku kieliszkach wina nie ma opcji, żeby to sknocić. Dzięki temu przepisowi podaję babeczki ciepłe zdumionym imprezowiczom. Bezcenne.

Na 12 babeczek:
- 250g mąki,
- 100 g cukru + 1 cukier waniliowy, - 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
- 2 jaja,
- 75ml oleju,
- 250g jogurtu lub maślanki lub kefiru lub mały jogurt 120g + mleko

Ulubione dodatki:
- rodzynki (polecam),
- pokrojona w kostkę gruszka (to jest ten najbardziej ulubiony),
- pokrojone w kostkę jabłko,
- 2 łyżeczki kakao,
- 2 łyżki otrębów lub muesli,
- mąka może być pełnoziarnista lub żytnia,
- cynamon

  1. Cała filozofia polega na zmieszaniu wszystkich składników w misce łyżką, faktem jest że składniki nie muszą być idealnie połączone bo i tak wyjdzie dobre

  2. Wkładamy ciasto do foremek

  3. Wstawiamy do lekko nagrzanego piekarnika na jakieś 20min na jakieś 170 stopni. Góra musi się zarumienić.

  4. Proste jak konstrukcja cepa. Zapraszam.

sobota, 15 stycznia 2011

Placek z powidłami nakryty bezą
















Wiele wody upłynęło, masa tuszu drukarskiego w kominku spłonęła zanim znalazłam w chociaż jednej gazetce przepis godny mojej uwagi. Często celebryci małego i średniego kalibru prezentują "ulubione" dania na stronach brukowców i czytając ich przepisy mam wrażenie, że całymi dniami wysilają mózgownice nad przedstawieniem nam, prostym ludziom, jak najtrudniejszej, najmniej dla nas dostępnej i najmniej polskiej propozycji ich radosnej twórczości. Nic dziwnego, że ich życie osobiste jest tak skomplikowane, skoro nawet na talerzu nie potrafią odnaleźć się w prostocie. Jeśli komuś na co dzień imponuje wielkoświatowy harmider bez ładu i składu, restauracje o nazwach przypominających dziecięcy bełkot a oczy zaślepione są błyskiem fleszy, to trudno jest zrozumieć, że często można postawić znak równości pomiędzy wyrażeniem: "coś tylko dla mnie" i "coś dla każdego".

Jakże wielkie było moje wczorajsze zdziwienie, kiedy to znalazłam przepis dla każdego. Zaprezentowany został przez główną osobistość polskiej edycji amerykańskiego programu dla niewiast pragnących robić karierę jako manekiny do ciuchowych crash testów (czyt. tap madl). Było to bardzo łatwe do przygotowania ciasto pod oryginalnym tytułem: "Amerykańskie ciasto z powidłami". Nie mam pojęcia dlaczego amerykańskie, nie pytajcie a ja nie wnikam, skoro powidła są typowym słowiańskim wyrobem. Pomimo, iż pomysł świetny, przepis został przez panią Dżoanę kompletnie skopany, może dlatego, że gotowanie nie jest mocną, albo nawet słabą, albo najlepiej żadną stroną modelki. Proporcje składników mokrych do suchych zostały całkowicie zachwiane niczym rozmiar biustu do wzrostu u większości modelek. Masa była bardzo mokra i nie mogłam odkleić od niej dłoni ani później oczyścić rąk z tej kleistej masy i trudno mi było podążać za przepisem nakazującym szybko zagnieść ciasto. Chyba, że właśnie trzeba bardzo szybko je zgnieść, nie patrzeć (najlepiej zamknąć oczy), szybko wrzucić do lodówki i zatrzasnąć drzwiczki. Nawet czas pieczenia był z kosmosu. Bo gdybym wyciągnęła ciasto po 60 minutach to miałabym piękny kawałek asfaltu. Może pomyliło jej się z czasem opalania na plaży. Także wzięłam ciasto na warsztat i poprawiłam proporcje niczym chirurg plastyczny. Od siebie dodałam bezę na wierzchu, której przygotowanie zajmuje 5 minut, a nie cierpię jak białka jajek się marnują. Zapraszam.

Składniki na prostokątną blachę:

- 70 dag (700g) mąki,
- kostka masła prosto z lodówki (200g),

- 6 łyżek cukru,
- 8 żółtek,
- opakowanie 30g proszku do pieczenia,
- mały jogurt naturalny (około 150g),
- 2 słoiki powideł


Beza: 3/4 szklanki cukru + białka z żółtek + szczypta soli
  1. Mąkę, proszek, żółtka, cukier, jogurt i masło zagnieść. Należy mieć pod ręką dodatkową ilość mąki, jeśli okazałoby się, że masa jest jeszcze za bardzo kleista i okleja nam palce. Wtedy dosypujemy po około 50g aż będzie si.

  2. Wstawić na 1h do lodówki. Jeśli mamy mało czasu to na 0,5h do zamrażarki. W tym czasie wysmarować blachę tłuszczem i obsypać bułką tartą lub jak kto lubi - mąką. Rozgrzać piekarnik - standardowa temperatura dla ciast, nie mam termostatu, ale tak gdzieś 180stopni C.

  3. Połową ciasta wyłożyć spód blachy. Nie lubię wałkowania, więc wykładam rozpłaszczonymi ręcznie plastrami. Na to powidła i znowu warstwa ciasta. Nie musi idealnie zakrywać powideł.

  4. Ciasto wstawiamy na 20 min do rozgrzanego piekarnika. W tym czasie przygotowujemy bezę ubijając najpierw białka ze szczyptą soli i wsypujemy po trochu cukier ciągle ubijając. Wyciągamy cisto z piekarnika, bezę wykładamy na wierzch ciasta i wkładamy jeszcze na 15 minut do pieca skręcając nieco grzanie. Beza lubi odpocząć trochę w ciepłym piekarniku. Gotowe.

piątek, 23 kwietnia 2010

A'la risotto z porów i kurczaka


Minimalistyczne danie na jeden gar. Każdy z nas czasami takiego potrzebuje. W składnikach nie ma niczego, czego nie dostanie się w osiedlowym spożywczaku. Można się tam zaopatrzyć wracając do domu po dniu pracy na budowie lub w polu i przygotować obiad w czasie krótszym niż 30 minut. Z tego też względu jest to danie a 'la risotto, ponieważ oryginalne risotto ma wiele wad, których nie mogłam za nic zaakceptować jako zwolenniczka prostego gotowania. Risotto powstaje wolno i trochę za długo z perspektywy głodnego żołądka bo trzeba co jakiś czas dolewać bulionu i cały czas mieszać. Poza tym risotto nie można odgrzewać bo już tak dobrze nie smakuje, gdyż traci konsystencję i dlatego w restauracjach dosyć długo się na nie czeka ponieważ powinno (sic!) być robione od podstaw. Same wady.

Najlepszym momentem na przygotowywanie dań z porów, czyli najlepsza pora na pora jest właśnie od kwietnia. Wtedy warzywa te są najświeższe, najbogatsze i nie znają chińskiego.


Składniki na bardzo sycący obiad dla dwóch osób przygotowany w garnku o szerokości piłki siatkowej:

- mały por,
- pół natki koperku lub łyżka suszonego,
- połówka podwójnej piersi z kurczaka,
- mały jogurt naturalny,
- 3/4 szklanki ryżu i dwa razy tyle wody,
- kostka bulionowa,
- 3 ząbki czosnku,
- pieprz, sól i olej do smażenia


  1. Por kroimy w krążki zostawiając tylko te najtwardsze jego części. To znaczy, że kroję całą widoczną białą cześć i idę trochę dalej i skrajam również nieco zielonego. Dla koloru.
  2. Kurczaka kroję byle jak i wrzucam na rozgrzany olej w garnku i intensywnie mieszam. Trochę soli i dużo, jeszcze więcej pieprzu. Jeśli dysponuję sosem sojowym - dolewam. Jeśli nie, to nie.
  3. Jak kurczak będzie ścięty, czyli biały, dorzucam por.
  4. Jak por "zwiędnie" wrzucam wyciśnięty czosnek i surowy ryż. Mieszam wszystko ze sobą i wlewam wodę.
  5. Doprowadzam do wrzenia, zmniejszam ogień pod garnkiem i niechaj pyrka przez około 10 minut. Po tym czasie wyłączam ogień (już do końca nie będzie potrzebny) i zostawiam nieprzykryty gar na kolejne 5 minut. Ryż wchłonie wilgoć i będzie miękki i niesklejony. Bez przypalenia i bez tego niefajnego woreczka, do których w dzisiejszych czasach pakują co popadnie.
  6. Wlewam jogurt i wsypuję świeży koperek. Gotowe. Ile to trwało? Chyba nawet nie 30 minut.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Serca drobiowe w sosie pomidorowym


Danie na 1 (słownie: jeden) gar. Krwistoczerwone, gęste, dobrze przyprawione chilli, czosnkiem i bazylią. Można by rzec, że jest to danie ku pokrzepieniu serc, ale dziwnie to zabrzmi, zważywszy na fakt, że głównym składnikiem są już nieodwołalnie martwe serca pięknych, niewinnych kurczątek. Jednak serce kucharza na pewno rości i krzepi widok pustoszejących zawartości talerzy gości i uczucie zaskoczenia, że komuś to rzeczywiście smakuje. Prawda jest taka, że dla kucharza największym wyzwaniem jest zrobienie czegoś z niczego. To tak trochę jak MacGajwer (nie czyt.:MacGyver), który przy pomocy sznurowadła zbuduje helikopter. Więc jeśli chcę zająć się czymś bardziej ambitnym w dziedzinie kulinarnej to wbrew pozorom zamiast sięgać po żabnicę albo homara, wybieram odpady zwane bardziej dyskretnie podrobami aby przemienić je w danie warte więcej niż cena wyjściowa składników.

Niespodzianka dla tych, którzy za bardzo przyzwyczaili się do ryżu w torebkach: tak naprawdę ten wynalazek XXI wieku nie należy do zbytnio udanych. O zgrozo, czy teraz zburzyłam pękny świat tych, którzy uważają, że ryż w torebkach i kostki do toalet są domeną nowoczesnej pani domu (synonim kury domowej ery komputerów i ajpodów)? Że niby życie z nimi jest łatwiejsze? Hmmm, cóż... nie. Tak samo jak o kostce toaletowej, mogę opowiedzieć o ryżu w torebkach. W tym przypadku musimy umyć więcej garów o jedną sztukę (ból zrozumieją jedynie ci, co zmywają), mamy więcej śmieci (ból zrozumieją świadomi faktu, że plastik rozkłada się 500 lat) i wątpliwości czy już jest gotowy czy nie (ból zrozumie większość społeczeństwa)? No bo jak spróbujesz ryż przez torebkę? Trzeba uświadamiać ludzi XXI wieku, że kostka toaletowa nie zastąpi porządnego sprzątania ustępu, dżem nie pochodzi z obierania pączków, a ryż z torebki to niby pójście na skróty ale tylko pozornie. W proponowanych przeze mnie sposobie wodę i ryż dodaje się do tzw. gara głównego i jedynego. Zaufajcie - wyjdzie świetnie, cały czas ma się gotujący ryż pod kontrolą i można próbować do woli.


Składniki na 2 osobowy obiad:

- 200 - 500 g serc drobiowych,
- 2 średnie cebule,
- łyżka koncentratu pomidorowego,
- puszka pomidorów krojonych bez skórki lub przecieru pomidorowego,
- 3 ząbki czosnku,
- puszka czerwonej fasoli,
- 500 ml wody,
- 2/3 szklanki ryżu (nie w torebkach - ot niespodzianka),
- 1 marchewka starta przez małe oczka tarki,
- ulubione ziele: bazylia lub oregano,
- płaska łyżeczka mielonego chilli (dla bojków mniej),
- sól, pieprz
- olej do smażenia
  1. Serca myjemy, można odkroić nadmiar tłuszczu, ale nie trzeba. Kroimy na pół.
  2. W garze podsmażamy cebulę pokrojoną w kostkę lub inaczej, ale koniecznie osoloną. Jak się zeszkli wrzucamy serca i dalej podsmażamy jeszcze chwilę, aż cebula się zarumieni.
  3. Wrzucamy przecier pomidorowy i pokrywamy nim wszystko w garnku mieszając. Dorzucamy chilli, ulubione suszone zioła, rozgnieciony czosnek i wlewamy pomidory, startą marchewkę i gotujemy na bardzo małym ogniu tak tylko, żeby nie pryskało przez około 5 - 10 minut. Wlewamy wodę i wsypujemy ryż. Teraz na małym ogniu niech sobie wolno pęcznieje. Jeśli zostawimy taki tyci, tyci płomyczek - będzie ok, możemy iść porobić coś innego przez jakieś 15 minut. Ryż nie musi być zupełnie miękki. Jeśli półtwardy lub półmiękki ryż zostawimy w garnku bez ogrzewania i tak napęcznieje.
  4. Na końcu dodajemy odsączoną z zalewy czerwoną fasolę. Ma się tylko przygrzać a nie ugotować. Na końcu trzeba sprawdzić stopień posolenia, bo na pewno będzie niewystarczające a pomidory uwielbiają sól, inaczej smakują źle.
  5. Można podawać z sosem czosnkowym. Do boju.

niedziela, 21 lutego 2010

Tiramisu


Jakiś czas temu dowiedziałam się, że Tiramisu oznacza "unieś mnie". Jednak po zjedzeniu takiego deseru naprawdę trudno jest kogokolwiek podnosić, ale jak już to zdecydowanie lepiej jest być niesionym. Jest to bardzo sycący deser i już po jednym kawałku ma się wrażenie, że się zjadło całkiem obfity posiłek. Z jednej strony to dobrze. Można by pomyśleć, że zgadza się to z filozofią diety Atkinsa tudzież Kwaśniewskiego żeby zjadać małe, ale sycące porcje i tym samym nie rozpycha się żołądka. Tak czy owak zaprezentuję nieco odchudzoną wersję tego ciasta - bez bitej śmietany. Deser ten przy braku tego składnika jest nieco lejący i dlatego nie można go kroić tylko nakłada się niedbale do miseczek za pomocą dużej łyżki. Ale i tak jest pyszny i ja wolę go w takiej postaci. Przepis ten zdobyłam od koleżanki z liceum wieki temu i niedawno został odkurzony. Zdałam sobie sprawę, że jest to jednak najlepsze tiramisu i nie wymaga żadnych poprawek. Wspominam smaki tiramisu z wyjazdów za Wielką Wodę i przyznam szczerze, że żadna amerykańska restauracja (bo rodowici Amerykanie nie jedzą w domach bo można się czymś przecież zarazić od nieużywanego sprzętu kuchennego) nie jest w stanie dorównać temu smakowi. Chodzi tutaj też o konsystencję, gdyż w restauracjach raczej nie podaje się lejącego kremu. Tam ciasto musi być naszpikowane bitą śmietaną, żeby solidnie wyglądało. Pod tym względem lubię brytolskie desery, które im bardziej są niepoukładane tym lepiej smakują. A tak gwoli jasności to deser jest włoski a Włosi kochają przekładańce tak samo w kuchni jak i w życiu.

Składniki na przeźroczystą misę wielkości blaszki do ciasta o średnicy 25mm:

- 500g serka mascarpone,
- 6 żółtek,
- 4 białka,
- 100g cukru pudru (około 7 łyżek),
- dwa standardowe opakowania biszkoptów,
- szklanka mocnej kawy,
- tabliczka gorzkiej czekolady, a dla bardzo leniwych: kakao
- solidny chlust alkoholu - jako rodowita Polka polecam wódkę, ale niektórzy wolą szlachetniejsze trunki jak rum albo likier amaretto, ale uwierzcie mi: to naprawdę nie ma żadnego znaczenia
  1. Zaparzamy mocną kawę i zostawiamy do ostygnięcia.

  2. Żółtka ucieramy w misce z cukrem przy pomocy miksera. Dodajemy powoli serek mascarpone cały czas używając miksera.

  3. W wysokiej misce obok ubijamy na sztywno białka ze malutką szczyptą soli. Zastąpi to bitą śmietanę. Dodajemy do masy kremowej i mieszamy.

  4. Teraz najtrudniejsza część ze wszystkich: należy utrzeć na tarce gorzką czekoladę. Leniwi mogą sięgnąć do szafki po kakao.

  5. Do ostudzonej kawy dolewamy alkohol. Nie wcześniej, bo zrobimy sobie łaźnię parową z alkoholu. Wkładamy na dwie sekundy biszkopt do kąpieli kawowej i układamy na dnie naczynia, w którym podamy deser. Układamy tak jeden obok drugiego i wykładamy dno.

  6. Na biszkopty wylewamy połowę masy i posypujemy połową ilości gorzkiej czekolady lub kakao.

  7. Na to układamy kolejną warstwę moczonych w kawie i alkoholu biszkoptów i znowu wylewamy pozostałą część masy kremowej. Na wierzchu posypujemy resztą czekolady.

  8. Taki deser musi co najmniej 3 godziny odpocząć w lodówce zanim się za niego zabierzemy. Smacznego.

środa, 17 lutego 2010

Sos po bolońsku















Sos ten ma wiele nazw i wiele zastosowań niczym dobrze znany i bardzo lubiany w naszej kulturze alkohol etylowy. Ot takie porównanie przyszło mi na myśl. I chociaż sos ma z nim niewiele wspólnego, to też niewiele jest narodów na świecie, które jak nasz znają tak wiele bezbłędnych sposobów użytkowania wspomnianego specyfiku. Wróćmy jednak lepiej do sosu. Niektórzy nazywają go bowiem sosem bolognese, inni sosem bolońskim a jeszcze inni po prostu sosem pomidorowym. Zastosowanie ma jako sos do makaronu ( nie tylko spaghetti, bo inne rodzaje makaronu też są na świecie) lub jako sos do lasagne, tudzież lazanii. Przyznam szczerze, że wiele wiosen musiało upłynąć w kalendarzu zanim znalazłam prosty i smaczny przepis dorównujący dobrym sosom z paczki (wbrew pozorom były dotąd moim faworytem) dlatego zazdroszczę tym, którzy teraz czytając tego blogga mają wszystko podane na talerzu. Oj jak bardzo zazdroszczę! Nie będę bezczelnie kłamać (choć mogłabym i jest to niezwykle kuszące), że sama misternie, przez wiele lat doszłam do tego, jak i jakie składniki należy wykorzystać do tego przepisu (oczywiście składniki tylko starannie wyselekcjonowane, zbierane wyłącznie boso przy pełni księżyca). Albo nie będę sypać informacjami z kapelusza, że były to tajemne wskazówki przekazywane z pokolenia na pokolenia w mojej rodzinie, która ma swoje korzenie w starożytnej Italii. Choć nie wiem jak fajnie by to brzmiało, okrutna i banalna prawda jest taka, że podpatrzyłam wszystko na filmiku prezentującym sekrety znanego, szkockiego szefa kuchni, któremu przekleństwa nie schodzą łatwo z ust. Swój chłop.

Sos ten jest bardzo łatwy do przygotowania. Zajmuje mi to maksymalnie 30 minut przy jednoczesnym chodzeniu po domu i kłóceniu się z Markiem. Często późnym latem, kiedy pomidory są tanie i pełne smaku i witamin, przygotowuję ten sos (ale wtedy bez mięsa) i pakuję w tak zwane weki. Później tylko odwekowuję i mam gotowy obiad lub danie dla niezapowiedzianych albo i zapowiedzianych gości. I ponownie: w tym przepisie nie ma niczego, czego nie znajdziecie w zwykłym spożywczaku. Nawet jeśli nie ma tam wina lub nie lubicie posmaku wina w potrawach można je po prostu zastąpić wodą, którą raczej już większość Polaków ma w domostwie.

Składniki na jeden bardzo sycący obiad dla dwóch bardzo głodnych osób:

- dwie puszki pomidorów bez skórki,
- czubata łyżka przecieru pomidorowego,
- 2 łyżeczki suszonego oregano,
- 1 duża lub 2 małe cebule pokrojone w kostkę lub byle jak,
- 1 marchewka starta na tarce przez drobne oczka (mogą być grube oczka),
- 2 szklanki czerwonego, półwytrawnego, taniego wina (lub wody),
- 1/3 szklanki mleka lub śmietany dla nieliczących kalorii,
- 3 ząbki czosnku,
- 500 gram mięsa mielonego (może być mniej, zależy czy przygotowujemy obiad dla dziewczyn czy dla chłopaków)
  1. Na oleju podsmażamy cebulę i marchewkę. Cebula wystarczy, że się zeszkli. Można już trochę posolić na tym etapie - cebula szybciej puści sok.

  2. Dodajemy mięso mielone i podsmażamy. Wrzucamy przecier pomidorowy i mieszamy z mięsem. Następnie oregano i przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku (lub bardzo drobno pokrojone i roztarte nożem). Mieszamy.

  3. Dolewamy wino i gotujemy, aż wyparuje większość. Jak zostanie trochę, wlewamy pomidory z puszki i zagotowujemy.

  4. Nie trzeba już długo gotować. Ja zazwyczaj gotuję jeszcze 10 minut na bardzo małym ogniu żeby nie zachlapać kuchenki.

  5. Na końcu należy doprawić potrawę według uznania: sól + pieprz. Jeśli akurat mam na stanie w kuchni to dodaję jeszcze trochę sosu sojowego. Jeśli nie mam to świat się nie zawali. Dolewam mleko lub śmietanę i gotowe.

  6. Jeszcze taka drobna uwaga na koniec: z jednej strony warto dodać na końcu słodką śmietanę, która dodatkowo nam sos zagęści, bo po dodaniu mleka sos nie staje się bardzo gęsty. Mi akurat to nie przeszkadza, że nie mogę widelca wsadzić na sztorc, ale wiem, że niektórzy lubią bardzo gęste sosy i mogliby poczuć się lekko zawiedzeni no a tego na pewno bym nie chciała...

wtorek, 13 października 2009

Curry z kury


Tak naprawdę nie wiem jak się powinno robić takie prawdziwe, hinduskie curry, ale za to wiem jak bardzo łatwo i niezwykle szybko zrobić pyszne danie obiadowe z drobiu i gotowej przyprawy curry. Powiedzmy sobie wprost: czerpmy pomysły z kuchni całego świata ale niekoniecznie za wszelką cenę z identycznych składników, które są albo poza dostępem naszych rąk albo kieszeni. Powiem szczerze, że w poniedziałkowe popołudnie po pracy nawet mnie za bardzo nie interesuje jak wygląda takie oryginalne curry, bo myślę tylko o tym jak tutaj szybko zapomnieć w stresach najgorszego dnia tygodnia poprzez terapię konsumpcyjną. Niestety po łikendzie zazwyczaj rozpieszczającym podniebienie nie jestem w stanie zadowolić się czymkolwiek. Z drugiej jednak strony nie mam najmniejszego zamiaru przeszukiwać okoliczne supermarkety w poszukiwaniu mleczka kokosowego, pędów bambusa i innych takich składników zza siedmiu mórz. Przecież i tak rodzimy mieszkaniec tamtych krain magicznych słynących z przygotowywania curry po rzuceniu okiem na misternie przez nas zgromadzone składniki oryginalnego przepisu stwierdziłby, że są one miernej jakości a prawdziwy smak mają tylko świeże warzywa. Więc na wstępie dajmy spokój portfelowi i skupmy się na rodzimych warzywach pełnych smaku i wartości odżywczych. Wśród składników nie ma niczego, czego nie znajdziecie w zwykłym spożywczaku.

Składniki na dwa obiady dla dwóch osób lub jedno z szybkich dań dla kilku niezapowiedzianych gości - garnek 5 litrów:

- 3 średnie cebule,
- 2 średnie marchewki,
- podwójna pierś z kurczaka*,

- 3/4 szklanki sypkiego, nieugotowanego ryżu,

- 2 łyżeczki pasty curry lub 2-3 łyżeczki sypkiej przyprawy curry**,

- mała puszka kukurydzy
,
- 2 - 3 łyżki jogurtu naturalnego zwykłego albo greckiego lub bałkańskiego***,
- 1 kostka rosołowa
,
- 1 litr wody

BARDZO, BARDZO DOBRE RADY:
* - jeśli pierś z kurczaka kupimy dzień wcześniej i w sumie wahamy się czy zamrozić czy nie bo jutro i tak będzie trzeba rozmrozić ale w sumie nie powinno się zostawiać nieprzetworzonego mięsiwa przez noc bo nie wiadomo co się stanie - w takiej sytuacji polecam pokrojenie filetu w kostkę wcześniej i skropienie sokiem z jednej cytryny - marynuje się całą noc a krótko przed smażeniem odlewamy powstałe płyny, bez płukania pod wodą.


** - pasta curry występuje w kilku odmianach ostrości i aromatu (zielona lub czerwona), w sumie kolor nie jest tak istotny jak poziom ostrości i o tym powinno się porozmawiać ze sprzedawczynią przed zakupem. Jeśli kupimy średnio ostrą, to dla naszych polskich podniebień będzie i tak pieklenie ostre i polecam dodanie tylko jednej łyżeczki. Jeśli natomiast używamy łagodnej wersji pasty lub sproszkowanej curry to możliwe, że na koniec przygotowań trzeba będzie jeszcze doprawić pieprzem - a to już trzeba indywidualnie smakować.

*** - jogurt nie musi być gesty ale może, dla niepatrzących na kalorie polecam słodką śmietanę. Tak właśnie w prosty sposób zastępujemy mleczko kokosowe.

  1. Cebulę kroimy w drobną kostkę lub jeśli ktoś nie ma cierpliwości (czyli jest zbyt wolny) obojętnie jak - na dłuższą metę to nie ma dużego znaczenia. Marchewkę kroimy w paski imitujące kształtem pędy bambusa: najpierw na kawałki długości środkowego palca, później na plastry ale wzdłuż, nie tradycyjnie w poprzek i później na paski znowu wzdłuż.

  2. Cebule i marchewkę podsmażamy w garnku na oleju tak długo, aż cebula się zeszkli. Na miękkość marchewki nie ma co zważać bo ona dojdzie do miękkości na końcu. Mi nawet wychodzi za miękka, a powinna być półmiękka bo taka jest smaczniejsza i zdrowsza. Nie sólmy potrawy. Wszystko zależy od stopnia słoności przyprawy curry i powinniśmy całe danie doprawić dopiero po dodaniu tej głównej przyprawy.

  3. Po zeszkleniu się cebuli, wrzucamy pokrojonego w kostkę kurczaka i podpiekamy ze wszystkich stron. Jak już woda z kurczaka wyparuje, dodajemy przyprawę curry i podsmażamy jeszcze chwilkę.

  4. Na to wszystko wylewamy litr wody i dodajemy kostkę rosołową. Po doprowadzeniu do wrzenia smakujemy i doprawiamy według indywidualnych upodobań co do pikanterii i słoności. Dobrze jeśli jest mocniej słone, bo zaraz dodamy ryż, który ma się w tym zagotować i wchłonąć sól.

  5. Jak wcześniej wspomniano: wsypujemy ryż i gotujemy do miękkości. Musimy pamiętać, że ugotowany ryż po czasie wchłonie jeszcze więcej wilgoci z dania czyniąc je bardziej gęstym. Na koniec dodajemy jogurt lub śmietanę, mieszamy i już. Gotowe.

Jeszcze opcja z czerwoną fasolą.

niedziela, 4 października 2009

Ciasto czekoladowe z ... buraków


Produkt zaskakujący konsumenta niczym szampon z rybich łusek albo guma do żucia o smaku wątróbki wieprzowej. Zapewne również przywołujący podobne skojarzenia gastronomiczne i wywołujący dziwny grymas na twarzy wielbicieli czekolady. Takie połączenie niedowierzania i niechęci przed nowością, czyli stanem innym niż przyjęty za pewnik. To tak, jakby powiedzieć mojemu dziadkowi, że wojna się już skończyła i naprawdę nie trzeba gromadzić zapasów na wypadek ewakuacji. Albo nasza mina w momencie jak wujek z Reichu mówi nam, że przecież normalnym obowiązkiem pielęgniarki jest troskliwe zajęcie się pacjentem bez konieczności wręczania jej korzyści różnorakiego rodzaju. Jednak bez zbędnych komentarzy i pomruków czasem warto spróbować czegoś innego. Ja spróbowałam, żyję i polecam dalej. Po raz pierwszy usłyszałam o tej nowince w amerykańskim programie o gotowaniu dietetycznym, gdzie cztery wesołe babeczki udowadniają grubym Amerykankom, że w sumie można nie tyjąc zjadać to, co się kocha tylko musi to być przyrządzone trochę inaczej. I jak się domyślamy, jedna z milionów Amerykanek kocha ciasta czekoladowe - ot niespodzianka! Przepis przerobiłam troszku na polskie realia sklepowe oraz uprościłam podpatrując od koleżanki z bloggera sąsiedniego (http://table-table.blogspot.com/2009/03/buraczane-ciasto-mocno-czekoladowe.html).Ciasto jest fajne, bo dzięki burakom nie jest suche. Najwięcej roboty jest przy tarciu czerwonego przyjaciela (proszę bez skojarzeń z komunistami rzecz jasna) potem to już bułka z masłem... Wszystko odbywa się w jednej misce. Proponuję najpierw robić taką właśnie małą wersję na blaszkę babkową lub małą tortową, a później jak już pojedziecie to można wszystkie składniki mnożyć przez dowolną ich wielokrotność i jechać na wielkie blacharstwo. Pozdro...

Składniki na blachę babkową długości kobiecego przedramienia (bez dłoni):

- 2,5 tabliczki gorzkiej czekolady (250g),
- 1,5 tabliczki białej czekolady
(do polewy),
- łyżka masła
(do polewy),
- 3 jajka,
- 200g cukru
(niepełna szklanka) + opakowanie cukru waniliowego,
- 100ml oleju
(tak pół szklanki),
- 100g mąki
(też z pół szklanki) może być pszenna, może być pełnoziarnista,
- 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej,
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
- 250g startego na drobnych oczkach, surowego buraka
(to będą tak ze dwa buraki wielkości kobiecych pięści),

Można dodać bakalie, jak ktoś tam lubi. Oryginalnie w przepisie są zmielone migdały, których w osiedlowym nie znajdziesz - ja znalazłam w wersji płatków i dodałam, było oki
  1. Gorzką czekoladę można roztopić w - i tu mamy dwie opcje - kąpieli parowej (miska broń Boże nie plastikowa w garze z parującą wodą) lub po prostu od razu wsadzić do mikrofali na 2 minuty (lub więcej - trzeba samemu kontrolować czas). Roztopiona czekolada może trochę postać i odsapnąć.

  2. W tym czasie nastawiamy piekarnik na 140 - 160 st.C i obieramy buraka w rękawiczkach i trzemy dzielnie na tarce o drobnych oczkach do szklanej miski (tylko niech komuś nie wpadnie do głowy robić tego na drewnianej desce lub do drewnianej miski). Jak już to mamy zrobione to 3/4 roboty za nami.

  3. W dość wysokim garnku ubijamy mikserem jajka z cukrem (waniliowym też). Powolnym strumykiem wlewamy olej ciągle ubijając.

  4. Bierzemy plastikową łyżkę (tylko nie drewnianą) i mieszamy ciasto wsypując powoli mąkę z proszkiem i sodą. Jeśli mamy grudki można użyć jeszcze miksera, ale później już lepiej nie.

  5. Do masy dodać przetarte buraki i masę czekoladową. Dobrze wymieszać łyżką, wylać na wysmarowaną tłuszczem i wysypaną bułką tartą blachę. Wstawiamy na jakieś 50 minut do piekarnika i sprawdzamy patyczkiem czy jest dobre. Długo jest wilgotne, dopiero pod koniec pieczenia staje się zwarte, także bez strachu.

  6. Na przestudzone ciasto możemy przygotować polewę z białej czekolady: czyli tak, jak wcześniej rozpuszczamy białą czekoladę w misce (najpierw bez masła bo topi się szybciej niż czeko czeko) i dodajemy masło. Mieszamy wszystko razem i obsmarowujemy ciasto byle jak. No i jest.

wtorek, 28 lipca 2009

Zapiekane owoce z kruszonką







To jest dobry sposób na takie niedzielne ssanie w żołądku, kiedy bardzo się chce popołudniowych słodkości, no ale przecież znowu sobie obiecało się, że tym razem na pewno ograniczę słodycze. A zwłaszcza po takim sycącym niedzielnym obiedzie i po takiej ilości fast (tudzież junk - czyt.dżank) foodów spożytych poprzedniego wieczoru do wódeczki/piwka ze znajomymi. Tak, tak, dobrze to znamy. Chwilkę ze sobą powalczymy, robimy po raz kolejny przegląd tych samych szafek, jakby przez ostatnie 5 minut miało się coś tam samo z siebie wylęgnąć lub może to, co chwilkę temu nie było zbyt atrakcyjne, teraz kusi kubki smakowe nadzieją na jakąkolwiek słodycz z braku laku. Tak więc dobrze wiemy wszyscy jak to się skończy. Magicznym zaklęciem wypowiedzianym w myślach: zacznę od poniedziałku po czym następuje atak na jakąkolwiek słodką ofiarę. Także mamy dwie niedzielne opcje: albo przygotujemy się zawczasu do czegoś nieco zdrowszego, ale nadal słodkiego, albo nie. Ja mogę tylko zaproponować z mojej strony coś bardzo prostego i szybkiego na przykładzie zapiekanego rabarbaru. Pomysł zaczerpnięto ze szkocko - brytolskiej kuchni pewnego niegłupiego, lubiącego mówić prosto z mostu i nazywać rzeczy po imieniu pana. Kto wie o kim mowa - ten wie. Brytyjskie ciasta są właśnie robione w ten deseń, że gotowe nie jest krojone i układane na talerzyk, tylko zagarniane sporą łychą z naczynia żaroodpornego i rzucane na talerz bądź miskę. Dekorację zawsze może stanowić jeszcze większa łycha bitej śmietany tudzież lodów waniliowych. Deser polecam na ciepło.

na jedno naczynie żaroodporne wielkości 1,5 piłki siatkowej:

- około 800g rabarbaru,
- 200g cukru
jeśli ktoś ma trzcinowy to proszę bardzo, ja nie miałam,
- 150g rozmiażdżonych orzechów najlepiej laskowych,
- 100g mąki pszennej,
- 50 - 70g masła,

- 50g płatków owsianych
  1. Na wstępie należy rozgrzać piekarnik do 190 st.C. Rabarbar dobrze umyć, osuszyć i pokroić w około 2cm - kawałki.

  2. Rabarbar oprószyć 150g cukru (większość), dodać ze 20g masła (tak ze 2 łyżki) i naczynie żaroodporne, w którym będziemy później zapiekać, stawiamy na ogniu na kuchence, ale nie rozkręcamy palnika na maksa bo naczynie pęknie. Bez szaleństw. Kto się boi o swoje cenne naczynie, niechaj wykona ten manewr w innym garnku, ale bedzie więcej do zmywania. Trzeba spróbować czy owoce nie są bardzo kwaśne i czy nei trzeba dodać więcej cukru.

  3. W tak zwanym międzyczasie przygotowujemy kruszonkę w osobnej misce. Zagniatamy pozostałe 50g masła z 50g cukru, 50g płatków owsianych (dla zdrowotności), 100g mąki i ile wlezie orzechów laskowych zmiażdżonych w moździerzu lub uderzając młotkiem w zawinięte ręczniku biedne orzechy. Można dodać cynamonu, cukru waniliowego i takich tam dupereli.

  4. Na miękkie, podgotowane owoce kładziemy kruszonkę i zapiekamy przez 20minut w 190st.C. Już.

  5. Uwaga: nie wszystkie owoce należy obgotować przed nałożeniem kruszonki. Jabłka, gruszki - si. Wiśnie, śliwki, morele - niet. Ale koniecznie należy te ostatnie wypestkować po to, żeby po prostu nie było żadnych niespodzianek i ubytków w uzębieniu. A'propos: uwaga na łupiny od orzechów, radzę dwa razy sprawdzić, bo efekt fortepianu na zębach murowany.